Start arrow Kalendarium
 
Miesiąc
Miesiąc
Wykaz
Wykaz
Tydzień
Tydzień
Dzień
Dzień
Kategorie
Kategorie
Znajdź
Znajdź

Wydarzenie: 'Rajd Po Planowanym Rowerowym Szlaku Międzynarodowym R-9 Z Poznania Do Zaorla'

Rajdy
Jednodniowe wypady
Data: Sobota, 06 Sierpień 2005 Godz 00:00



Opisuje Andrzej Kaleniewicz:







Rajd AKTR po planowanym wielkopolskim odcinku międzynarodowego szlaku rowerowego R-9.











Kiedy:
6 sierpnia 2005 r.






Gdzie: Poznań (pomnik Starego Marycha 0,0 km) - Luboń (6,0 km) - Puszczykowo (15,4 km) - Mosina (20,8 km) - Żabno (32,2 km) - Sulejewo (34,7 km) - Brodnica (36,8 km) - Przylepki (39,8 km) - Manieczki (43,8 km) - Krzyżanowo (46,6 km) - Błociszewo (48,2 km) - Rąbiń (53,2 km) - Łuszkowo (54,7 km) - Zbęchy (60,9 km) - Bieżyń (66,9 km) - Lubiń (70,9 km) - Żelazno (74,9 km) - Stankowo (78,2 km) - Stary Gostyń (82,0 km) - Gostyń (85,3 km) - Grabonóg (90,9 km) - Tanecznica (94,0 km) - Bodzewo (94,9 km) - Domachowo (99,0 km) - Sułkowice (102,4 km) - Gębice (109,2 km) - Krzyżanki (11,0 km) - Skoraszewice (112,8 km) - Kołaczkowice (115,8 km) - Dłoń (118,9 km) - Płaczkowo (122,9 km) - Jutrosin (128,9 km) - Dubin (132,0 km) - Zaorle (139,0 km) - Sowy - Dębianka - Słupia Kapitulna - Szymanowo - Rawicz PKP (160,0 km)











Dystans:
160 km (nie licząc dojazdu do i z dworca PKP w Poznaniu!)







Kto:
Bartek Konowalski team Specialized, Michał Zgoła team Leader Fox, Maciej Solski team Victus, Zdzisław Ratajczak team Merida, Krzysztof Cecuła team Victus, Tomasz Maćkowiak team Specialized, Anna Błajek team Victus, Magda Karbowska team Hawk, Tomek Kosakowski team Wheeler, Sylwia Guzik team Bianchi, Gosia Skorupińska team Victus, Paweł Karliński team no name, niżej podpisany team Unibike.






Najpierw nieco z mojego „BiK”-owskiego przewodnika:







Sieć Europejskich Tras Rowerowych Euro Velo jest pomysłem, który zrodził się w Wielkiej Brytanii i w zamierzeniach ma stanowić system dalekobieżnych szlaków rowerowych, pokrywających cały kontynent europejski. Niebagatelna jest jego łączna, planowana długość: niemal 62 tysiące kilometrów! Jeden z jego elementów, roboczo nazwany Euro Velo-9 Amber Route (Szlak bursztynowy) ma prowadzić z Gdańska w kierunku południowym przez m. in. Poznań, Ołomuniec, Brno i Triest do miejscowości Pula, położonej nad Adriatykiem. W roku 2005 gotowy będzie odcinek z Poznania do południowej granicy województwa wielkopolskiego, być może nawet do Wrocławia.



Szlak Euro Velo, na pierwszy rzut oka niemal identyczny z Ziemiańskim Szlakiem Rowerowym, jest jednak szlakiem dalekobieżnym, przeznaczonym dla rowerzystów z ciężkimi sakwami, a więc biegnie przeważnie drugo- i trzeciorzędnymi szosami asfaltowymi o małym natężeniu ruchu drogowego. Tutaj różni się od ZSR, który w znakomitej części jest mocno terenowy i wyboisty. Oznakowany jest w głównej mierze za pomocą plastikowych tabliczek z zielona obwódką i symbolem rowerka - zgodnie ze standaryzacją PTTK w odniesieniu do rowerowych szlaków międzynarodowych.”






Trzynastka to nie jest najszczęśliwsza liczba, ale właśnie tylu rowerzystów pojawiło się o świtaniu koło Starego Marycha w wietrzny i deszczowy poranek 6 sierpnia. Miał być jeszcze czternasty - czyli Kiler, jednak zaspał i nie zdołał nas już dogonić (gdy był pod Starym Marychem, my już byliśmy przed Mosiną).


Poprzednio planowany szlak R-9 przejechałem w całości tylko raz i do tego samochodem, więc miałem tylko mgliste pojęcie o tym, jak się po nim jedzie i jaki jest dokładny dystans. Tym razem wziąłem więc dyktafon, do którego gaduliłem non-stop. Ma to swoje dobre strony - do dziś (4 marca 2006) przetrwała, nagrana przez samych uczestników, lista obecności, oraz - przeze mnie - opis trasy. Może się kiedyś przyda - gdy ktoś wyda wreszcie przewodnik po tej trasie. Na razie jedyny jej opis i to mocno skrócony jest w moim, BiK-owskim przewodniku.


Ale wracamy do samego rajdu. Miło zaskoczony mnogością rowerzystów, dałem znak do odjazdu. Pierwsza ulewa dorwała nas jeszcze przed przecięciem autostrady, więc już w Luboniu byliśmy przemoczeni (choć nie zmarznięci - niektórym było wręcz zbyt gorąco). Ma to swoje dobre strony - od razu mogliśmy sobie odpuścić „oszczędzanie” rowerów, bo i tak już były całe ubłocone. Co prawda samo ubłocenie też ma swoje „etapy” - ale to czekało nas nieco później…


Asfalcikiem, bez przeszkód, „myknęliśmy” do Puszczykówka. Pierwszy postój zaliczyliśmy przed jeszcze zamkniętą cukiernią Marka Kostusiaka (najlepsze lody w powiecie) - tu mogliśmy się nieco porozbierać, bo ulewa zelżała. Jakieś 2 km dalej, na drodze gruntowej przed Mosiną, przydarzyła się pierwsza tego dnia (choć daleko nie ostatnia) pana. Gosi. Zmienianie dętki trwało dość długo, nikt nie kwapił się do brudzenia sobie rąk (gentelmani!), aż w końcu do dzieła przystąpił Maciej - ten, który wśród nas posiada palców zdecydowanie najmniej. Poradził sobie jednak i już wkrótce ruszyliśmy dalej na południe. Niestety, Sylwia Guzik na Bianchi miała już tego dnia dość i w towarzystwie Tomka Kosakowskiego wróciła do Poznania.


Będąc w Mosinie, podjechaliśmy na ul. Nową 4 i wspólnymi siłami, czyli krzykiem, próbowaliśmy wywabić Ewę na rajd, nie udało się jednak - udawała, że jej nie ma . Za Mosiną pogoda była coraz gorsza - padało coraz mocniej. Przed Brodnicą lało już tak mocno, że część grupy postanowiła ukryć się na blaszanym przystanku PKS. Ja z resztą ekipy „dociągnąłem” do Brodnicy. Najpierw ukrywaliśmy się przed ulewą na zadaszonych schodach dużej willi, potem przenieśliśmy się do cieplejszego wnętrza pobliskiego sklepu spożywczego, w którym przyszło nam dłuuugo czekać na poprawę aury. Robiliśmy, co mogliśmy, żeby zabić czas: jedliśmy (to oczywiste), robiliśmy sobie fotki, (Bartek z winami marki wino, pan Zdzisław z „Życiem na Gorąco”, Bartek z Magdą, itp.).


Gdy ulewa zamieniła się w deszcz , dołączyła do nas nieszczęsna grupa „przystankowa”. Ponieważ mieliśmy już dość czekania, postanowiliśmy jechać dalej. Każdy założył na siebie to, co miał przeciwdeszczowego, co poniektórzy pozakładali na buty gustowne  worki foliowe. Szybko się darły, jednak jaką taka ochronę dawały tym, którym marzły nogi w letnich (a jakże, mamy wszak sierpień) butach. W Manieczkach, znów w ulewie, zrobiliśmy sobie zdjęcie przed słynną dyskoteką w Manieczkach (Klub Ekwador).


W Błociszewie (nazwa ta miała być proroczą) przed sklepem spożywczym znów rozbieraliśmy się z kurtek. Aż do Rąbinia czekał nas teraz jeden z najtrudniejszych odcinków tego dnia - pokryty półpłynnym błotem gruncik do Rąbinia. Mój trekking Freeway o dziwo dawał sobie dość dobrze radę (mimo dość delikatnego bieżnika Schwalbe), czego nie można powiedzieć o kilku właścicielach „górali”, którzy klęli do żywego, ślizgając się w mokrej brei o konsystencji płynnej czekolady. Cóż, rajd miał być głównie asfaltowy, a że krótkie odcinki terenowe zamieniły się w koszmar… hmm.


Gdzieś wśród polnych dróg poplątałem drogę i nieoczekiwanie pojawiliśmy się w Kopaszewie, gdzie zrobiliśmy krótką sesję zdjęciową. Za Kopaszewem - w szczerym polu - kolejna pana - już druga tego dnia. Tym razem ofiarą był pan Zdzisław. Następny postój był dopiero w Bieżyniu - i znów fotografowanie, tym razem ze słynnymi już drezynami i śmieszną tabliczką z napisem „Uwaga wyścig”. Teraz podjazd do Lubinia. Z większego zwiedzania - nici, bo trwała msza, za to wszyscy dobrze bawiliśmy się pod ogromnym, rozłożystym kasztanowcem - podobno największym w regionie.


Nieco czasu zmitrężyliśmy przed sklepem spożywczym w Stankowie - warto było jednak sfotografować groźny napis „Zauważyłeś pożar - alarmÓj”. No i jak mają dzieci pisać poprawnie po polsku, jak taki pSZykład idzie od ich rodziców?!


W Starym Gostyniu, na wysokim wzgórzu, znajduje się kościół, do którego, niestety, nie udało nam się wejść - był zamknięty na cztery spusty, ksiądz gdzieś wyjechał. Mogliśmy natomiast podziwiać piękną panoramę okolicy i… umyć rowery wężem, który wisiał sobie z boku dzwonnicy.


Gostyń przejechaliśmy bez zwiedzania - mieliśmy trochę problemów z jadą ulicami jednokierunkowymi pod prąd - będzie to trzeba jakoś rozwiązać w przyszłości. Niewątpliwie gorąco zrobiło nam się po podjechaniu pod Świętą Górę, na której stoi jedno z najważniejszych pielgrzymkowych sanktuariów w Wielkopolsce - kościół i klasztor ojców filipinów. Akurat odbywał się tu ślub, więc zwiedzanie znów było szczątkowe. Zjazd z powrotem w dół i pniemy się w górę w stronę Grabonoga, z tyłu mając piękny widok na kościół i klasztor. Niemal do końca dnia czekał nas już tylko i wyłącznie asfalt, pogoda się wyraźnie poprawiła, wyszło nawet słońce, zrobiło się wyraźnie cieplej. Paweł - najmłodszy uczestnik rajdu - jadący na fatalnie ciężkim rowerze z supermarketu, miał już naprawdę dość. Słaba kondycja, brak doświadczenia, fatalna pogoda - zrobiły swoje. Cóż z tego, jak jedyny tego dnia pociąg z Gostynia w stronę Poznania już był odjechał… Tak więc, chcąc nie chcąc, musiał jechać dalej - biedak z pewnością nie odczuwał już radości z jazdy aż do końca rajdu. Na domiar złego, na prostym odcinku szosy tym razem to on złapał kolejną - już trzecią tego dnia w naszej grupie - panę! Tym razem klejenie dętki nie obyło się bez przekleństw - ten rower nie miał szybkozamykaczy na kołach, na szczęście ja miałem klucze „piętnastki”. Zaledwie po kilku kilometrach - kolejna pana!!! Tym razem - u Macieja. Była to czwarta i, na szczęście, ostatnia tego typu przygoda tego dnia.


Kolejne „punkty programu” potoczyły się już szybko: przy pięknej pogodzie i silnym wietrze w plecy. Wspólna fotografia przed prywatnym pałacem w Pępowie i posiłek przed Lewiatanem tamże (ciemne chmury dookoła i silne słońce - marzenie fotografa), podziwianie niesamowitego kościoła w Jutrosinie, wyścigi długimi i prostymi asfaltami do Dubina i w końcu przyjazd do Zaorla -gdzie kończy się nasze województwo i zaczyna się dolnośląski odcinek R-9. Wraz z Wielkopolska kończy się asfalt, przechodząc w melancholijnie malowniczą gruntówkę, obsadzoną wierzbami „polskimi”. Tutaj też poczułem zazdrość - otóż na wspomnianych wierzbach są już pięknie wymalowane znaki R-9! Cóż, przyjaciele z Wrocławia działają najwyraźniej szybciej…


Droga do Rawicza (jakieś 20 km) była ciężkim doświadczeniem dla wspomnianego już Pawła, który nie był w stanie trzymać się pobocza! Nieco wystraszony, jechałem tuż za nim i budziłem go, gdy zjeżdżał na środek szosy. Oj, było nieciekawie - zmierzch zaczął już zapadać, a on nie miał oczywiście żadnej lampki…


Na szczęście bez przygód dotarliśmy do Rawicza. Pożegnalna fotka przed bramą słynnego zakładu karnego i już ładujemy się do jednostki elektrycznej, która zawiozła nas do Poznania. Tutaj większość z nas dopadło zmęczenie - część zasnęła, część z bezmyślnym wyrazem twarzy patrzyła przed siebie… po prostu 160 km dało o sobie znać. Jedynie Maciej i ja szaleliśmy ze swoimi cyfrówkami - „łowiąc” jeszcze tego dnia kilka „ciekawych” fotek naszych śpiących i otępiałych towarzyszy niedoli.


Pawła przekonaliśmy, że w domu powinien wypić piwo. Żeby skurcze zakwaszonych mięśni nie budziły go w nocy. Ciekawe, czy rodzicie nieletniego chłopaka się na to zgodzili. Nie wiemy tego, od tego dnia chłopak nie pojawił się już na żadnym rajdzie AKTR. Amen.










Andrzej Kaleniewicz



Podsumowanie
Uczestnicy:11 osób
Trasa:157 km
Rajd po planowanym rowerowym szlaku międzynarodowym R-9 z Poznania do Zaorla


Znajdź w kalendarzu

Wykonany przez: ExtCalendar 2